Co kobiety fascynuje w romansach

0

Może nie wszystkie się do tego przyznają, może nie wszystkie opowiadają o swoich fascynacjach, może nie wszystkie mają w swoich domach półki zapełnione tymi książkami, ale prawda jest niepodważalna – kobiety uwielbiają czytać romanse. Było tak zawsze i zapewne będzie do tego czasu, kiedy ludzkość w ogóle będzie czytać. Są tacy, którzy ową kobiecą słabość wykorzystują i po prostu z niej kpią, ale z drugiej strony chyba lepiej jest czytać i wzruszać się losami fikcyjnych bohaterów, niż w ogóle nie czytać i czynić z tego cnotę. Warto jednak w ogóle sobie zadać pytanie, dlaczego kobiety tak bardzo lubią czytać romanse? Przede wszystkim dlatego, że rekompensują sobie to, czego brakuje w ich życiu. Świat kobiety opiera się na emocjach. Uwielbiają się wzruszać, przeżywać, kochać i nienawidzić. Mężczyzna świat traktuje bardziej racjonalnie, jemu takie wzruszenia do niczego nie są potrzebna, raczej tylko przeszkadzają. Kobieta ich łaknie. Czy nie przyjemnie jest przenieść się w świat, gdzie mężczyzna patrzy na nasze potrzeby, kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, opiekuje się nami, a jednocześnie wspiera w naszych wyborach? Oczywiście, że tak. Potrzeba czytania romansów istniała zawsze. Tuż po wynalezieniu druku, obok Biblii i historii o świętych, to właśnie romantyczne opowieści były najchętniej kupowane. Z biegiem lat to w ogóle się nie zmieniło. W romantyzmie kobiety z rozkoszą czytały o zdradzonych kochankach, tajemniczych nieznajomych, miłości aż po grób, a może poza nim. Klasyczny romans rozwinął się w okresie międzywojennym, nie tylko na Zachodzie Europy. My też mieliśmy swój topowy romans. Była to „Trędowata” Heleny Mniszkówny. Nikt nawet nie może sobie wyobrazić ile łez wylano śledząc losy biednej szlachcianki Stefci Rudeckiej, która była nauczycielką i zakochała się w bogatym Ordynacie Michorowskim. On oczywiście też ją kochał i pokonał wszystkie trudności, byle ją zdobyć. Niestety środowisko Ordynata nigdy jej nie zaakceptowało i doprowadziło do śmierci bohaterki. „Trędowatą” pogardliwie nazywano „powieścią dla kucharek”, ale to w niczym nie przeszkodziło jej popularności, a przedwojenne egzemplarze tej książki były wręcz zaczytywane po wojnie. Nie było zresztą w tym nic dziwnego. W nowej rzeczywistości powojennej nie uznawano za zasadne wydawanie książek o jakiś tam imperialistycznych romansach. Rola kobiety miał się zmienić i romanse do tej zmiany nie pasowały. Kobiety miały przesiąść się na traktory i dorównywać mężczyzną. Jakie więc tam romanse? A kobiety zawsze pragnęły chociaż na trochę uciec z szarej rzeczywistości i dlatego przedwojenne romanse były rozchwytywane i czytane wielokrotnie. Na Zachodzie rynek romansów kwitł i powstawały nawet wydawnictwa, które tylko tym się zajmowały. Wylansowano też całą rzeszę pisarek, które zajmowały się jedynie pisaniem romansów. W latach osiemdziesiątych, na fali zmian, do Polski trafiło wydawnictwo Harlequin, które właśnie wydawaniem romansów się zajmowało. Ich niewielkie książeczki, zawsze w tej samej szacie graficznej stały się na naszym rynku prawdziwym hitem. Fabuła tych książeczek była i jest nieskomplikowana. Ona z reguły była skromna, nieśmiała i niedoceniona. On zaś był playboyem, milionerem lub poszukiwaczem przygód. Poznawali się, kochali, potem na ich drodze pojawiały się przeszkody pozornie nie do pokonania. Ostatecznie wszystko kończyło się dobrze, a czytelniczki mogły mieć swoją chwilę relaksu. Oczywiście wydawane są też romanse bardziej skomplikowane, czasami na bardzo dobrym poziomie literackim. Wszystkie jedne zaspokajają podstawową potrzebę kobiet – czułości i miłości. I z tego powodu są i będą czytane.

Filed under: Bez kategorii

Leave a Reply